Koniec zdjęć!

Mimo nieznanej w historii kina mobilizacji dwóch ministrów kultury, wielu urzędników, kilku reżyserów, aktorów i wielu mediów, by ten film nie powstał – on powstaje. Już nas nie zatrzymacie.

Mińsk Mazowiecki, lotnisko wojskowe. Piękny poranek, jak wtedy – 10 kwietnia 2010. Do rządowego samolotu Tu-154 podjeżdża kolumna ciemnych limuzyn, wyskakują BOR-owcy, po chwili wysiada Prezydent (w tej roli Lech Łotocki) wraz z Pierwszą Damą (w tej roli Ewa Dałkowska), przy schodkach wita ich Dowódca Sił Powietrznych (w tej roli Witold Żaboklicki) . Jest 11 maja 2015 – przedostatni dzień zdjęciowy do filmu „Smoleńsk” w reżyserii Antoniego Krauze. Samolot jest już wypełniony pasażerami, za chwilę start.

Tego dnia realizujemy jeszcze kilka innych scen, a potem – pożegnania. Koniec zdjęć to dla filmowej ekipy chwila uroczysta. Zrealizowaliśmy 39 dni zdjęciowych – w kilkudziesięciu lokalizacjach – Warszawie i okolicach, w Białej Podlaskiej, w Dęblinie, Mińsku, Krakowie, Chicago i Smoleńsku. Klaps nr 500 padł w Muzeum Powstania Warszawskiego, klaps nr 1000 padł w Chicago, podczas kręcenia sceny w domu ojca głównej bohaterki. Na planie filmu pojawiło się ponad stu aktorów, kilkuset statystów, konsultantami filmu są m.in. dowódca Tupolewa-154 nr 101 podczas lotu 7 kwietnia 2010, podpułkownik Bartosz Stroiński oraz dowódca Jaka-40, który 10 kwietnia lądował tuż przed rządowym Tupolewem, porucznik Artur Wosztyl.

Smoleńsk w Chicago

Tydzień wcześniej mocno okrojona ekipa realizowała zdjęcia w Chicago, budząc duże zainteresowanie miejscowej Polonii. Wątek amerykański, jest w filmie ważny z kilku powodów. To niby oczywistość, ale wciąż trzeba przypominać: Polacy zamieszkali poza granicami III RP nie są w niczym gorsi od nas, zamieszkałych w kraju, a utrzymywanie z nimi silnych więzi może się okazać dla nas kluczowe. Często o wiele więcej rozumieją i o wiele bardziej interesują się losem Polski niż otępione tevauenowską propagandą rzesze przeżuwaczy talentszołów. Ogromna rzesza polskich emigrantów jest arcyważną częścią naszego narodu, jej najwybitniejsi przedstawiciele zapisują wspaniałą kartę w dziele wyjaśniania przyczyn tragedii smoleńskiej i myślę, że – poza względami dramaturgicznymi – także ten fakt chce Antoni Krauze mocno w filmie zaznaczyć. Ale i spotkanie z amerykańskimi dziennikarzami będzie dla bohaterki filmu szczególnym doświadczeniem.

Amerykańskim współproducentem filmu „Smoleńsk” jest firma Fresh Coast Production. „Jesteśmy zaszczyceni, że możemy współpracować z ekipą tak wybitnego twórcy jak Antoni Krauze i to w takiej sprawie. To bardzo ważny film, nie tylko dla was w Polsce, ta wciąż niewyjaśniona tragedia budzi na świecie bardzo duże zainteresowanie, film powinien mieć szeroką światową dystrybucję” – mówi Ralph Pabst, szef Fresh Coast Production.

Zakazana scena

Kilkanaście dni wcześniej w podwarszawskim lesie realizowaliśmy słynną już, symboliczną scenę, która po przekazaniu scenariusza filmu „Smoleńsk” do Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, natychmiast dotarła do „Gazety Wyborczej” i odtąd wzbudza szczególną furię przeciwników filmu. Oto po smoleńskiej tragedii, jej ofiary – już w innej rzeczywistości – spotykają się z tymi, których pamięć mieli uczcić, z polskimi oficerami z Katynia.

Chyba nie było w historii kina sceny, która by – na długo przed swym powstaniem – sprowokowała tyle szyderstw, niechęci i usilnych zabiegów, by jej nie realizować. Sam odbyłem kilkadziesiąt rozmów z rozmaitymi życzliwymi, którzy tłumaczyli mi, że na pewno się nie uda, że to będzie okropne i w ogóle po co. Mówili to ludzie, którzy – jak się wydawało – znają historię polskiej literatury, teatru i filmu, gdzie przenikanie światów już się parę razy zdarzyło i miało sens. Scenę „katyńską” zrealizowaliśmy według scenariusza, byłem na planie i myślę, że Antoni Krauze dokładnie wiedział co robi.

Sztuka równoległa

Niesamowitym, przedziwnym doświadczeniem jest fakt, że opowiadamy o wydarzeniach, które trwają nadal. Nazajutrz po zrealizowaniu filmowej sceny, w której Wdowa po Dowódcy Sił Powietrznych staje, by stawić czoła zmasowanemu kłamstwu, w realu Prokuratura Wojskowa znów bluzgnęła fontanną oszczerstw o generalne Błasiku, Ewa Błasik znów stanęła naprzeciw kamer, by bronić honoru męża i polskich lotników przed putinowską propagandą. Minister Zdrojewski pewnie powiedziałby, że to właśnie dowód, iż nasz film realizujemy za wcześnie, niech się temat świeży „jak figa ucukruje, jak tytuń uleży”. Tak, jak ucukrowały się czekistowskie dokonania ulubieńca ministra Zdrojewskiego, majora Zygmunta Baumana. My jednak uważamy, że ta „równoległość” sztuki i rzeczywistości jest atutem, jest dowodem, że nie wspominamy dawno minionej przeszłości lub celebrujemy fikcji, ale wchodzimy w sam środek teraźniejszości, w środek matrixu, który nadal nami rządzi.

Owszem, trafiamy na swej drodze gorliwców, którzy na różne sposoby starają się filmowi Antoniego Krauze zaszkodzić, ale przede wszystkim spotykamy się z wielokrotnie większą liczbą wyrazów sympatii, wsparcia i wielkiej radości, że film „Smoleńsk” naprawdę powstaje, że ochotniczym rezerwom milicji obywatelskiej nie udało się go wbić w ziemię.

Trwa montaż, zdaniem wielu praktyków, najważniejsza część pracy nad filmem. Trwa praca nad efektami specjalnymi, muzyką etc., za około pół roku film będzie gotowy i trafi do kin. Oczywiście o ile uda się zebrać brakują sumę, wciąż potrzebujemy ok. 1,7 mln złotych, trwa zbiórka i możliwość inwestycji w nasz film.
Liczymy na wsparcie i zapraszamy do inwestowania!

Maciej Pawlicki
(fragmenty artykułu z tygodnika „W Sieci”)